No to jazdaaaa

Początki są najgorsze. Nogi obolałe, płuca przewentylowane i wszechobecny śpioch.

Tak mogę podsumować moje pierwsze dwa tygodnie treningu. Które już na szczęście minęły! Nie było lekko, ale też nie było tragicznie. Tak jak kilka lat temu, gdy człowiek dał się ponieść wakacyjnym pokusom, a potem trzeba było wydłużać okres podstawowy żeby zmieścić się w „treningową zbroję”.

Skłamałabym gdybym napisała że mam już wagę startową, bo nie mam, i jeszcze trochę potrwa zanim ją osiągnę. Ale co mogę na pewno stwierdzić, że jestem o kilka kroków do przodu co do zeszłego okresu 🙂 No i łatwiej mój organizm adaptuje się do akcentów treningowych. Zmieniłam swoje nastawienie do treningów i sportu za który się wzięłam. Nie mam parcia, nie mam presji. Mam za to ogromną radość z każdego przetrenowanego dnia!

Póki co mój tydzień kształtuje się następująco:

  • 3 x pływanie
  • 3 x rower
  • 4 x bieg
  • 2 x sprawność ogólna (core stability, brzuch, plecy itp.) – bez drastycznych ciężarów

Godzin wychodzi około 13 – powolutku się rozpędzam 🙂

 

 

Dodaj komentarz