Podsumowanie (Palma de Mallorca)

Daria Radczuk

Luty dobiegł końca, mój wyjazd na Majorkę również. Jestem ogromną szczęściarą bo mogłam w tym miesiącu potrenować i poobcować w bardzo komfortowych warunkach.

DSC_1345

Hiszpańska wyspa ma zdecydowanie łaskawszą pogodę a niżeli Polska. Spokojniejsze tempo życia (wykluczając zmotoryzowanych w mieście) i odmienną kulturę. Natomiast co do czystości, ładu i składu „tam” a „tu” to zdecydowanie wolę „TU”. Przysłowie „cudze chwalicie, swego nie znacie” jest idealne do opisania tych dwóch odmiennych państw. Kolarskiej „kreski” nie przywiozłam. Przywiozłam za to sporą garść wniosków, podsumowań i niedokończonych przemyśleń. Zrobiłam genialne wdrożenie treningowe jeśli chodzi o kolarstwo! Po prawie dwóch latach rowerowego zastania, ponownie się przemogłam. Przepaliłam swoje nogi i głowę, uświadomiłam sobie że trzeba jak to potocznie nazywamy cisnąć, przez duże C 🙂 Miałam zresztą megamocną koleżankę, trenującą na co dzień kolarstwo górskie. Marlena nie raz dołowała mi psychikę i nieświadomie zmuszała do ogromnego wysiłku. Biegowo i pływacko, nie poszalałam. Te dyscypliny były bardziej jako podtrzymanie dotychczasowej formy.

Wisienką na torcie był oczywiście trening kolarski z głównym podjazdem na przełęcz Coll dels Reis (728 m n.p.m.). Podjazd miał niecałe 15 kilometrów, począwszy od miasta Sóller i jechałam go około godziny. Tego dnia niestety było spore zachmurzenie i nie mogłam nacieszyć oczu widokami. Dystans całego treningu wyszedł równą „stówkę”, z dwoma kilometrami w pionie.

DSC_1468

DSC_1469

Odwiedziłam kilka miejskich barów i kawiarni. Oczywiście w w poszukiwaniu tej najlepszej małej
filiżanki z czarną zawartością. Ranking kawowy w następnym wpisie 😛

Jestem już w domu i ciesze się każdą chwilą spędzoną z rodzinką i w swoim słodkim małym mieszkanku 🙂

W domu czekał na mnie również twaróg, którego na Majorce nie można było dostać.

DSC_1487